Ruszam w świat. Bez biletu i zarezerwowanego hotelu. Jutro śpiąc pod mostem będę myślała o czwartkowej wyprawie luksusowym statkiem.. Około soboty pomogę starszej pani przyjść przez ulice w mieście gdzie zawiniemy do portu. Potem ona zaprosi mnie do swojego domu na gorzką herbatę i placek z malinami. Tego samego dnia, wieczorem znów wypłynę tym samym statkiem w daleką podróż. Na pokładzie spotkam takiego samego włóczęgę jak ja i on wyruszy ze mną w świat. W kolejnym porcie, w którym spędzimy kilka dni pomożemy staremu księgowemu w rachunkowym błędzie zawartym w wielkiej księdze przychodów oraz narazimy się pewnemu złodziejaszkowi, uniemożliwiając mu kradzież torebki młodej dziewczyny w zielonej sukience. I znów wyruszymy w podróż węglanym pociągu. Zobaczymy kangury, huty do wypalania porcelany, pola pomarańczy i wytwórnię laleczek Chucky. I po siedemdziesięciu dziewięciu dniach usiądę ponownie w moim wyleniałym fotelu, z nowym przyjacielem przy boku, który okaże się rudym psem z kilkoma białymi łatami. Przytule się do mojego misia, którego dostałam na pierwsze urodziny i wyszeptam „jak dobrze w domu”. I nigdy nie będę żałowała tych dni na mrozie, ze względu na przyjaciela grzejącego rudy brzuszek przy ciepłym kominku w salonie.