Jak te marionetki własnego zdania nie mamy. Zwisamy na cieniutkich sznureczkach, poruszani przez przypadkowe osoby. A w naszej klatce piersiowej zwykłe, drewniane serce. Nasze łzy, tak samo puste jak my. Nie szanujemy innych – nie szanujemy siebie. Nasze życie, sensu pozbawione, jak rosyjska ruletka, zależy tylko od przypadku. Ludzi spotkanych na ulicach uważamy za przyjaciół, a sami potrafimy tylko niszczyć uczucia. A jeśli wśród nas wyrośnie coś innego niż my sami, piękniejszego, zgniatamy to i miażdżymy by tylko inni tego nie zobaczyli. Bo po co dawać nadzieję, że może być inaczej niż jest. Widząc umierającą osobę, przechodzimy na drugą stronę, byle by tylko nie zarazić się porażką, z miną mówiącą „sam sobie na to zasłużył”, biedakowi zabierzemy ostatni grosz, zajmiemy schorowanej staruszce ostatnie miejsce w autobusie z uczuciem wyższości, bo przecież to proste jak odebranie dziecku cukierka. I pomimo tego, nadal jesteśmy ludźmi, którzy oczekują od tego świata szacunku i uważają się za mądrzejszych od zwierząt.