Weszłam w bagno, brodziłam po jego dnie, brudząc każdą cząstkę ciała i umysłu. Tak długo jak starczało sił próbowałam złapać za wystający poza ziemie korzeń ogromnego drzewa, lecz śliskie ręce umazane błotem skutecznie mi to uniemożliwiały. Zapadałam się coraz głębiej, myśląc, że jestem samowystarczalna i uda mi się wydostać bez żadnej pomocy. Czasami byłam bardzo blisko, stawiałam już jedną stopę na ziemi, lecz ona… bardzo śliska, nie pozwoliła mi się wydostać. Moja pycha, i coś co nazywałam honorem, jak ciężki kamień u szyi topielca, ciążyła coraz bardziej. I wtedy zrozumiałam.
Cichutko zawołałam: p o m o c y.
I… podałeś mi dłoń – zupełnie bezinteresownie, tak po prostu, jakby było to coś zupełnie normalnego.
Moje dziwne, zielone oczy wyrażały całkowite ździwienie, ale również … wdzięczność.
Teraz stoję twardo na ziemi, a czasami, jak na przykład dziś, zatapiam się w czystej i szlachetnej zatoce zwanej u ś m i e c h.